poniedziałek, 15 września 2014

Hej, to może mała "introdukcja"?

Założyłem ten blog by pokazać Wam jak wygląda moje życie – życie nastolatka bez znajomych (w zaokrągleniu), który stara się jak najlepiej wykorzystać swój czas wolny, którego mu nie brakuje. Pewno to nie przejdzie i zamknę blog. Jednak powinno najpierw sporo czasu minąć bym się na to zdecydował.

  Więc oto ja, 19-latek ze stolicy, który interesuje się kolarstwem (bardziej trekkingowym), podróżami, rysowaniem, geocachingiem i muzyką. Nie mam ochoty chodzić na imprezy, nie piję alkoholu i nawet nie mam ochoty klnąć. Jestem osobą pomiędzy introwertykiem, a ekstrawertykiem. Zatem skutki są łatwe do przewidzenia – trudności w znalezieniu znajomych. Mimo to czarny nie jest moim ulubionym kolorem, a przez życie patrzę przez różowe okulary, widząc wszędzie plusy.

  Jest dużo nastolatków na forach, którzy nie mają przyjaciół i z tego powodu są przygnębieni. Zwykle całymi dniami przesiadują w domach przed komputerem. Jak wiadomo jest to najgorsze rozwiązanie. Chcieliby mieć sporo znajomych lub przynajmniej małą paczkę przyjaciół podobnych do nich. Ja również do tego dążę. Uwierzcie, staram się jak mogę, ale w kraju niskiego przyrostu naturalnego jest trochę trudniej znaleźć nastolatka. Jak już znajdę to ta osoba znajduje się w grupie i razem klną jak szewce, plują na chodnik i gadają o wczorajszej imprezie. Na pewno są gdzieś normalni ludzie, których jeszcze ciężej jest dostrzec wśród krzykliwych nastolatków. Co ja wygaduję, w tę jesień będę mieć 20 lat. Więc zamiast tego zajmuję się sobą. Wyciągam rower z domu i jadę w nowe miejsca z aparatem (tanią cyfrówką), posiedzę na trawie i poczytam książkę, porysuję itd. Do czego dążę? By zamiast użalać się trzeba zająć się sobą tak by powiedzieć, że jest się „zajętym”. Każdy z Was ma zainteresowania więc zacznijcie robić to, co lubicie i być może trafią się osoby z tym samym hobby. Na tym jestem etapie i może nie ma postępu, to jednak jest tak o wiele lepiej.

  Ten wpis wydaje się być zbyt krótki więc wzbogacę go jeszcze tym jak doszedłem do tego by, zająć się sobą zamiast rozpaczliwie szukać znajomych.

  Muszę powiedzieć, że jednak mam jednego kolegę. Znalazł sobie dziewczynę. Wiadomo, że to oznacza rzadsze widywanie się. To naturalna kolej rzeczy. Tak jak ja, również interesuje się rowerami, więc od I technikum zaczęliśmy jeździć od czasu do czasu. Chciałem wtedy zwiedzić najbliższe miejscowości takie jak Legionowo, Marki, Nieporęt czy Otwock. Bałem się samemu wyjeżdżać z Warszawy więc jak chciałem pojechać do konkretnej miejscowości to tylko z kolegą. Jeździłem z nim też po to by w razie jakiegoś wypadku, usterki pomógł mi, bo mało wiedziałem od strony technicznej. Nie umiałem nawet napompować dętek :D Wiecie, były takie dni, w którym nikt nie chciał wyjść, a było słonecznie, a tych dni było mnóstwo w wiosnę i lato. Siedziałem wtedy w domu z myślą by pojechać dokądś. Samemu byłem w stanie pojechać gdzieś na max. 20 km. Lubiłem jeździć do jeziorek Czerniakowskich i do lasku Bielańskiego.

  W końcu się stało. Miałem tego dość! W sierpniu 2013 po raz kolejny siedziałem w dom i coś we mnie strzeliło. Naszła zmiana. W jesień zrobiło się chłodniej więc jeździłem wciąż na max. 20 km. No tak, zapomniałem wspomnieć o zwykłych spacerach. Miałem również brak motywacji by wyjść samemu na dwór!("A po co tak samemu?"). Z tym problemem wciąż borykają się nastolatkowie bez znajomych, a nawet ci ze znajomymi. Więc w grudniu zacząłem wychodzić gdziekolwiek. Miałem większą motywację by wyjść wieczorem gdy na dworze bywa pusto i zwykle spotyka się ludzi z psami i biegaczy. Na Google Earth robiłem sobie trasy którędy pójdę. Właściwie to w grubej kurtce, w kapturze i rękoma w kieszeniach mogłem iść wszędzie! Moje spacery wyewoluowały na 20 kilometrowe marsze! Chodziłem pieszo z Warszawy do Ząbek i Marek. Zachęciłem raz kolegę na 26 km spacer. Spacery sprawiły, że się nie nudziłem i robiłem tak co weekend (z powodu roku szkolnego). Brałem plecak z prowiantem i wychodziłem z domu. Zacząłem uczyć się jak zmieniać dętkę i jak naprawić jakąś usterkę. Jednak do dzisiaj nie umiem wszystkiego, ale uczę się na błędach. To sprawiło, że w maju po maturach przejechałem się samemu w głąb Marek, bez kolegi. Spodobało mi się to i potem przejechałem się do Zegrza na 50 km. Zaznaczam, że i tak już kiedyś jeździłem z kolegą średnio 50-60 km i raz 100 km bez zmęczenia. Zacząłem tę trasę powtarzać. Dwa razy złapałem gumę. Za pierwszym razem zawaliłem. Nie umiałem przykleić łatki. Za drugim razem wymieniłem odpowiednio dętkę, ale bałem się, że źle to zrobiłem, więc i tak wracałem pieszo z rowerem. Okazało się, że dobrze zmieniłem :D. Przejechałem się bez problemu trasami, którymi jechałem z kolegą (nie wszystkimi).

  Obecnie jeżdżę po wsiach na wycieczki 110 kilometrowe. Jak wyznaczam trasę i widzę, że jest tylko 80 km to uśmiech mi opada z twarzy :). Czasami, jeśli kolega ma chęć i czas, jadę z nim, ale chyba spadła mu forma. Wiem, że to mało i, że 240 km to jest już COŚ. Jednak do tego dążę, przyzwyczajając się stopniowo do coraz większych dystansów. Motywacja przywrócona! Mimo to nadal chciałbym wychodzić i jeździć ze znajomymi.

  To tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że kogoś zainteresowałem moim pierwszym wpisem. Zachęcam tych bez przyjaciół, żeby zrobili to samo tylko ze swoją wersją. Napiszcie w komentarzach co chcielibyście, żebym napisał w drugim wpisie. Jak nie, to napiszę o moich początkach jazdy na rowerze. Niewiele będzie bo napisałem już trochę tutaj o tym. Moje dalsze wpisy będą o moich wycieczkach rowerowych i spostrzeżeniach na różne tematy (mam nadzieję). Będę musiał przyzwyczaić się do robienia większej ilości zdjęć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz