poniedziałek, 15 września 2014

Hej, to może mała "introdukcja"?

    Założyłem ten blog by spopularyzować ciekawe miejsca w województwie mazowieckim. Niestety nie byłem dobry w nawiązywaniu nowych kontaktów, więc w takim okresie gimnazjum nie wychodziłem często z domu. Trochę głupio było tak samemu. Jak wiadomo, najgorszym rozwiązaniem jest właśnie takie myślenie. Więc zamiast tego zajmuję się sobą. Wyciągam rower z domu i jadę w nowe miejsca z aparatem (tanią cyfrówką), posiedzę na trawie i poczytam książkę, porysuję itd.
    Mam jednego kolegę. Nie widujemy się często, ale okej. Tak jak ja, również interesuje się rowerami, więc od I technikum zaczęliśmy jeździć od czasu do czasu. Chciałem wtedy zwiedzić najbliższe miejscowości takie jak Legionowo, Marki, Nieporęt czy Otwock. Bałem się samemu wyjeżdżać z Warszawy więc jak chciałem pojechać do konkretnej miejscowości to tylko z kolegą. Jeździłem z nim też po to by w razie jakiegoś wypadku, usterki pomógł mi, bo mało wiedziałem od strony technicznej. Nie umiałem nawet napompować dętek :D Były takie dni, w którym nikt nie chciał wyjść, a było słonecznie, a tych dni było mnóstwo w wiosnę i lato. Siedziałem wtedy w domu z myślą by pojechać dokądś. Samemu byłem w stanie pojechać gdzieś na max. 20 km. Lubiłem jeździć do jeziorek Czerniakowskich i do lasku Bielańskiego.
    W końcu się stało. Przestałem myśleć „głupio tak samemu wychodzić”. Naszła zmiana. W jesień zrobiło się chłodniej więc jeździłem wciąż na max. 20 km. Nie chciało mi się też chodzić na spacery. Więc w grudniu zacząłem wychodzić gdziekolwiek. Miałem większą motywację by wyjść wieczorem gdy na dworze bywa pusto i zwykle spotyka się ludzi z psami i biegaczy. Na Google Earth robiłem sobie trasy którędy pójdę. Właściwie to w grubej kurtce, w kapturze i rękoma w kieszeniach mogłem iść wszędzie! Moje spacery wyewoluowały na 20 kilometrowe marsze! Chodziłem pieszo z Warszawy do Ząbek i Marek. Zachęciłem raz kolegę na 26 km spacer. Spacery sprawiły, że się nie nudziłem i robiłem tak co weekend (z powodu roku szkolnego). Brałem plecak z prowiantem i wychodziłem z domu. Zacząłem uczyć się jak zmieniać dętkę i jak naprawić jakąś usterkę. Jednak do dzisiaj nie umiem wszystkiego, ale uczę się na błędach. To sprawiło, że w maju po maturach przejechałem się samemu w głąb Marek, bez kolegi. Spodobało mi się to i potem przejechałem się do Zegrza na 50 km. Zaznaczam, że i tak już kiedyś jeździłem z kolegą średnio 50-60 km i raz 100 km bez zmęczenia. Zacząłem tę trasę powtarzać. Dwa razy złapałem gumę. Za pierwszym razem zawaliłem. Nie umiałem przykleić łatki. Za drugim razem wymieniłem odpowiednio dętkę, ale bałem się, że źle to zrobiłem, więc i tak wracałem pieszo z rowerem. Okazało się, że dobrze zmieniłem :D. Przejechałem się bez problemu trasami, którymi jechałem z kolegą (nie wszystkimi).
    Obecnie jeżdżę po wsiach na wycieczki 110 kilometrowe. Jak wyznaczam trasę i widzę, że jest tylko 80 km to uśmiech mi opada z twarzy. Czasami, jeśli kolega ma chęć i czas, jadę z nim, ale chyba spadła mu forma. Wiem, że to mało i, że 240 km to jest już COŚ. Jednak do tego dążę, przyzwyczajając się stopniowo do coraz większych dystansów. Motywacja przywrócona!

Moje dalsze wpisy będą o moich wycieczkach rowerowych i spostrzeżeniach na różne tematy (mam nadzieję). Będę musiał przyzwyczaić się do robienia większej ilości zdjęć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz