środa, 26 kwietnia 2017

Dalej na północny-wschód do Małkini Górnej

    Ta wycieczka to 1/2 drogi na wschód do granicy Polski z Białorusią przy Czeremchy. Planem jest pojechanie rowerem do Małkini Górnej i powrót pociągiem do domu. Innego dnia dojechanie do Małkini Górnej już pociągiem i stamtąd rowerem na wschodnią granicę Polski i dłuuugi powrót pociągiem. Na razie z kolegą wybrałem się rowerami do Małkini Górnej. Małkinia Górna to miejscowość położona w powiecie ostrowskim. Jest oddalona od Warszawy w odległości 83 km w kierunku północno-wschodnim. Znajduje się tam stacja końcowa Kolei Mazowieckich, jednak wciąż w województwie mazowieckim.

Stare dobre Rżyska.
Wyszło 110,9 km. Przebieg:

Warszawa>Marki>Kobyłka>Czarna>Helenów>Rżyska>Stary Kraszew>Rasztów>Wola Rasztowska>Roszczep>Krusze>Kozły>Wólka Kozłowska>Rysie>Fiukały>Mokra Wieś>Wężówka>Jadów>Zawiszyn>Owsianka>Łochów>Łopianka>Ostrówek>Majdan>Ogrodniki>Zagrodniki>Księżyzna>Mrozowa Wola>Sokółka>Kołodziąż>Orzełek>Złotki>Prostyń>Treblinka>Małkinia Górna


    Wczoraj wiał silny (21 km/h) wiatr w kierunku północnym, więc częściowo mieliśmy z wiatrem i wiatrem bocznym. W poprzedni wtorek zachorowałem i wczoraj jeszcze nie wyzdrowiałem do końca. Mimo to dałem radę. Wciąż jeszcze kaszlę, ekhu ekhu! Spotkałem się z kolegą przy Carefourze Wileńskim i pojechaliśmy ścieżkami rowerowymi wzdłuż drogi 634. Niebawem ścieżka się skończyła i trzeba było jechać ulicą. Jak zwykle mnóstwo pojazdów przejeżdżało. Pewien autokar minął mnie na milimetry! Miał obok dużo miejsca. Na pewno zrobił to złośliwie.
    Podczas jazdy to ja wyjątkowo jechałem pierwszy. Ustalałem stałe i normalne tempo. W głębi Marek, za parkiem Briggsów skręciliśmy w prawo do lasu Markowego.

Las Markowy
    Wzdłuż lasu oczywiście biegnie droga 631 od strony Zielonki, którą jechałem wiele razy raniutko 3 lata temu. Po drugiej stronie drogi widnieje znak zakazu wjazdu z powodu budowy obwodnicy Marek. W 2015 roku pojechałem tym samym skrótem, by ominąć drogi o wysokim natężeniu i Wołomin. Wtedy to była normalna leśna droga. Teraz tam budują brakujący odcinek S8. Ta droga ekspresowa przerywa się przy M1 w Markach i zaczyna z powrotem dopiero w Radzyminie. Zamierzają dobudować tę przerwę w tym lesie. Jako, że kolega chciał jechać, to zignorowaliśmy znaki zakazu i pojechaliśmy w nieogrodzony plac budowy. Nie jedźcie tam, dopóki nie skończy się budowa obwodnicy. Podobno ukończą ją w wakacje. Plac budowy miał dużo przestrzeni i był prawie pusty. Zaraz wyjechaliśmy z niego po drugiej stronie.
    Teraz trzeba przejechać przez cały powiat wołomiński na wskroś. Oj, przypomniał mi się 2014 i 2015 rok. Zdarzą się mimo to dwa nieznane mi odcinki. Za Kobyłką droga była naładowana dziurami i czasem szkłem. Poczułem zbyt miękki grunt i bicie w tylnym kole. Złapałem gumę :(. W wymianie wykorzystałem ostatnią zapasową dętkę. W dodatku z nielubianym przeze mnie wentylem presta. Miły pan w BMW spytał się czy pomóc, czy mamy potrzebne narzędzia, ale wszystko mieliśmy.

Rżyska
    W Rżyskach z którejś działki dało się słyszeć odgłosy ptaków drapieżnych. Jestem takiej myśli, że ktoś puszcza nagrane odgłosy, by odstraszyć jakieś szkodniki.

Las w Rasztowie
    W lesie mieści się jakiś spory teren przemysłowy. Widocznie produkują tu benzynę. Przyjeżdżają tu bialo-zielono-pomarańczowe cysterny. Po lesie jest przejazd kolejowy. Akurat przejeżdżał ET22 w malowaniu Cargo.

Początek Woli Rasztowskiej
Droga 636
    Parę razy już przejeżdżałem przez Roszczep i pisałem, że zamierzam uchwycić dom z filmu "Kogel Mogel". Za każdym razem nie mogłem znaleźć tego domu i nie miałem konkretniejszych informacji. W końcu udało mi się go uchwycić :D. Widać, że miał za sobą otynkowanie.

Dom z polskiej komedii "Kogel Mogel"!
    Komedia z 1988 roku, znana bardzo dobrze u mojej rodziny. Druga część też. Około 29 lat temu z tego małego okna nad balkonem Kasia uciekła za pomocą liny. Z tego okna wieczorem słyszała jak jej niedoszły pijany narzeczony śpiewał "Daj mi tę noc...". Za domem odbyło się niedoszłe wesele. Dom wtedy był z czerwonej cegły. No dobra, pora jechać dalej.

Szynobus VT-627 jadący w kierunku Wyszkowa.
    Na drodze czasami się widziało słupy z bocianimi gniazdami. Niektóre były bardzo grube, tak, że mogą ważyć 500 kg. Wieś Kozły oznaczały wjazd do gminy Tłuszcz.

Mokra Wieś
    Od Mokrej Wsi odcinek drogi 636 jest mi nieznany, aż do Jadowa. Prowadzi na drugą stronę torów kolejowych i przez dwa ładne lasy. Lasy liściaste jak na kwiecień już tak brzydko nie wyglądają według mnie. Jest już w jakimś procencie zielono.

Do Nowinek
    W Jadowie zrobiliśmy krótką przerwę na skwerku. Przy kościele odbywał się pogrzeb. Zaraz już pojechaliśmy dalej na wschód, w kierunku drogi krajowej.

Pola za Jadowem
    No i pora na drogę 50. Ech, takie nieprzyjazne rowerzystom. Tiry, furgonetki i samochody zasuwają kolumnami. Nie ma poboczy. Żeby uniknąć 970 metrów stresu, wybrałem drogę przez Zawiszyn. Wtedy już trzeba było wjechać na drogę krajową. Nie było innego wyjścia, bo trzeba przedostać się na drugą stronę rzeki Liwiec. Już się ustawiły pojazdy sznurkiem za nami.

Rzeka Liwiec.
    Drogi krajowe są na wyższym levelu. Jest lepsza nawierzchnia, oznakowanie, droga na nasypie, nawet wyświetlacze z prędkością i ostrzeżeniami na temat pogody. Niestety jazda nie wydaje się być przyjazna dla rowerzystów. Po 1,7 km udręki odbiliśmy w prawo spokojną drogą na przedmieście Łochowa.

Inna strona Łochowa
    To mój drugi raz w Łochowie. Choroba, która jeszcze w pełni mi nie znikła, dała o sobie znać. Stałem się senny i miałem ochotę się położyć. Jeszcze do końca nie wyzdrowiałem, ech. Wkroczyliśmy w nieznany mi powiat węgrowski. Trzeba przez niego przejechać na wskroś, ale tylko po jego szerokości. Na pewno mnie ciekawi i intryguje ten rejon, jednak póki co, nie myślę jeszcze o jego zwiedzaniu.

Majdan
Kościół NMP Królowej Polski
    Zachmurzyło się na tyle, że do końca dnia już słońce nie wyjrzało. Mijaliśmy ładne ogródki działkowe w Łochowie. Po Ostrówku znów wjechaliśmy na tę samą drogę krajową. Odcinek prowadzi przez Ogrodniki i Zagrodniki. Tym razem na 3,3 km. Po prawej stronie rozciągają się ładne łąki. Jechało się nawet spokojnie. To są tereny zabudowane, więc kierowcy musieli się opanować. Często nic nie jechało.

Droga 50 w Zagrodnikach
    Zaczął się duży las i wyjechaliśmy z drogi krajowej. Jest tam stacja kolejowa o nazwie Topór. Pojechaliśmy drogą gruntową wzdłuż torów. Wciąż dało się słyszeć wyjące tiry za drzewami. W GoogleStreetView z 2012 roku widać, że ta droga była wąską, zarośniętą drogą polną. Stacja pamiętała poprzednią epokę. Teraz bardzo ładnie zmodernizowali całą linię Warszawa>Małkinia Górna. Wydaje mi się, że każda stacja jest świetnie zmodernizowana z ekranami, wysokimi peronami, latarniami, itp.

Jest szeroka droga.
    Droga gruntowa skręca w prawo na las. Jesteśmy w gminie Stoczek. Zaraz się już zaczyna asfalt w Księżyźnie. Tereny z lasami dookoła coraz bardziej wydają się być odludne. Siły mi powróciły i czułem się jakbym już wyzdrowiał :D.

Rzeczka Ugoszcz
    Mrozowa Wola, kolejny las i Sokółka minęły szybko. Od Sokółki zaczęła się gmina Sadowne. Kolega miał ochotę zrobić przerwę na poboczu w Kołodziążu. Tak więc zrobiliśmy. Miałem na liczniku około 90 km. Gdybym jechał sam, nie opłacałoby mi się już robić przerwy. Było cicho i mocno wiało z południa. Ani żywej duszy na ulicy. Stoją sobie murowane i drewniane domy. Niektóre drewniane mają ładne i duże ganki. Decyzja kolegi nie okazała się taka zła, bo w oddali dostrzegłem dwa żurawie.

Żurawie!
    Warto wiedzieć, że żurawie są większe od bocianów. Po paru minutach ruszyliśmy dalej. Towarzyszył nam boczny wiatr.

Ładne czerwone okno. Powód dla którego zrobiłem to zdjęcie :D
Coraz bardziej odludnie. 
    A niech to! Do tej pory nie złapałem żadnego sygnału radiowego. Będę musiał faktycznie kupić nowe słuchawki. Te już miały parę razy lutowany kabel i zmienianą wtyczkę. Przy okazji rozglądałem się przy obrzeżach lasów czy może trafiłbym na czarnego bociana. Nie trafiłem :(. Na niebie nisko przeleciał czerwony jedno- lub dwupłatowiec. 

Nie ma czarnego bociana, ale za to jest Orzełek.
Ale mokro!
    Po lesie i Orzełkach przejechałem przez Złotki. Wieś leży na małym wzniesieniu. Jak zwykle nikogo nie widzieliśmy.

Opuszczam Złotki
Wieś na małym wzgórzu.
Powróciły z RPA.
    W oddali zobaczyłem kościół w Prostyniu. Wydaje się być wysoki i przypomina Pałac Kultury i Nauki. Wjechaliśmy w powiat ostrowski. Na niebie przeleciał duży szary ptak. Odgadłem, że to czapla, bo w locie miała skrzywioną szyję. Ten kościół to nawet bazylika! Został wybudowany w 1946 roku, czyli zaraz po II wojnie światowej. Oczywiście w tym samym miejscu stały starsze jego wersje. Pierwszy kościół drewniany został wybudowany w 1344 roku w innym miejscu. Ten pierwszy właściwy wybudowano w 1511 roku i w 1547 roku odwiedziła go Królowa Bona. W 1657 roku niedobrzy Szwedzi podpalili kościół. W 1750 świątynie odbudowano. W 1799 rozebrano i w 1808 znów wybudowano. W 1812 w kościół uderzył piorun i niewiele z niego zostało. W 1858 roku znów wybudowano. W 1944 niedobrzy Niemcy wysadzili kościół. W końcu w 1946 wybudowano następny, który stoi do dziś. W 2012 roku stał się mniejszą bazyliką.

Bazylika Trójcy Przenajświętszej i św. Anny w Prostyni.
    Robotnicy jechali ciągnikiem z obładowanymi obiema przyczepami i zbierali różne meble, graty pozostawione na poboczach przez mieszkańców.
    Następna miejscowość to Treblinka. Być może wiecie, że w tych okolicach stał drugi najgorszy niemiecki obóz zagłady zaraz po Auschwitz-Birkenau. Istniał w latach 1942-1943 r. Wywożono tam ludność żydowską z Warszawy. Zginęło około 850 000 osób. Obóz nadzorowało 20-30 Niemców, 80-120 Ukraińców. Więźniowie byli traceni w komorach gazowych, do których nie wpuszczano cyklonu, a tlenek węgla. W sierpniu 1943 r. wybuchł bunt więźniów. Dostali się do amunicji i wybuchła strzelanina po całym obozie. Podczas strzelaniny zginęło 800 więźniów, 25 Niemców i 66 Ukrainców. Tylko 68 więźniom udało się uciec z obozu w trakcie buntu i nawet przeżyć wojnę. Po buncie obóz zaczęto likwidować. W listopadzie 1943 r. obóz już nie istniał. Teraz gdzieś w pobliżu stoi muzeum i pomnik.

Treblinka
    Zbliżaliśmy się już do rzeki Bug. Jest to czwarta najdłuższa rzeka w Polsce. Wjechaliśmy na bardzo ładną, zmodernizowaną drogę 627Od razu pojawiła się ścieżka rowerowa z chodnikiem po lewej stronie. Super porobili, że droga jest na wzniesieniu, są latarnie, nowy niebieski most nad Bugiem.

Bug! Widok na północ.
    Było tak miejsko na moście i ścieżce że poczułem się jak w Warszawie. Niezabudowane leśne tereny w czterech kierunkach świata dodawały surrealizmu.

Ale różowo!
    Nie było nikogo, oprócz jednego lokalnego rowerzysty w kapturze. Na ulicy też coś pusto. Latarnie jeszcze się nie świeciły. Zaraz... dni są długie i słońce wciąż jest wysoko. To przez te gęste zachmurzenie jest tak ciemno jak o 15-stej w grudniu.

Małkinia Górna!
   No i zaczęły się tereny zabudowane Małkini Górnej. Minęliśmy stację kolejową po lewej stronie. Kolega chce jeszcze pojechać w głąb miejscowości, by zjeść kebaba. Planował to od początku wycieczki :D. Znalazł na mapie "Pokusa Kebab" na ulicy Leśnej przy blokach, więc tam pojechaliśmy. Ja i tak miałem swój prowiant, więc nie jadłem. Po tym wróciliśmy na stację kolejową. 
    Tak - jest to końcowa stacja Kolei Mazowieckiej w kierunku północno-wschodnim. Dalej już KM-ki się nie wybierają. Możesz wybrać InterCity i pojechać do np. Białegostoku. Kupiliśmy bilet w biletomacie, który stoi przy budynku stacji. Pociąg będzie za jakieś 40 minut. Parę minut temu odjechał poprzedni. Widać, że jeszcze tutaj perony są stare i niskie, a przecież stare pociągi miały wysoko wejścia. Krakały gawrony. Od peronu do peronu chodził pijany mężczyzna w niebieskiej czapce z daszkiem. Dookoła niego kręciły się dwa młode przyjazne kundelki. Biegały w dwójkę po torach. Pijany facet ze szklaną butelką coś mamrotał. Toczył się coraz bliżej torów i się przewrócił. Jego głowa wystawała poza peron. Na oko z 6 osób pojawiło się na peronie. Oczekują nie na nasz pociąg, a na InterCity. Właśnie przyjechała biało-niebieska Pesa Dart. Jest to najnowszy pociąg od Pesy. Łał, ale w środku musi być elegancko. Pociąg przyjechał z Białegostoku i kieruje się do Warszawy. Kontroler jak zwykle wysiadł na peron, rozejrzał się czy wszyscy już wsiedli/wysiedli. Zauważył leżącego na peronie pijanego mężczyznę z wystającą głową nad torami poza peron. Usłyszałem jak mówił do krótkofalówki "przyślijcie... leży na torze czwartym...". Na początku pomyślałem, że przyjdą sokiści, a za chwilę zjawili się w pomarańczowych luminescencyjnych ubraniach ratownicy. Powiedzieli przyjaźnie "Znowu piłeś?" i poprowadzili go do karetki. Za chwilę się wrócili po jego czapkę, a pieski im towarzyszyły. Jeszcze wcześniej przyjechał nasz pociąg, ale zatrzymał się za stacją, by za parę minut zawrócić na peron. Wtedy już wsiedliśmy z rowerami. Uff, wysoko te wejścia, bo są tak nisko perony. W długim pociągu było oczywiście pusto. Powtórzę to zdanie: "W końcu kto się po południu wybiera do Warszawy? :D".

Stacja kolejowa w Małkini Górnej
    Minęło jeszcze parę minut zanim pociąg ruszył. W tym czasie zdążyłem połazić sobie po całym przedziale i wstąpić do toalety. Przedział dla rowerzystów (jeden z czterech) oferował wyjątkowo też wygodne siedzenia, ustawione przodem do kierunku jazdy. Były też te zwykłe rozkładane, na których siedzi się bokiem. Tak więc cała jazda była bardzo wygodna. Tylko parę pojedynczych osób wsiadło i zaraz przy jakiejś wsi wysiadali. Zauważyłem, że mimo całego pustego wagonu do dyspozycji i tak siadali na tych rozkładanych siedzeniach w przedziale dla rowerzystów tuż przy nas... Nie rozumiem dlaczego tam się zbierają i zabierają miejsca przyszłym pasażerom z rowerem!
Na zachodzie było naprawdę ciemno. Włączyły się światła w pociągu. Na dworze zaczęło padać.
    Przy Warszawie dołączył jeden rowerzysta. Naliczyłem dwa pioruny :D. Dojechaliśmy na stację końcową Warszawa Wileńska. Wtedy w Warszawie dosyć mocno padało i w kurtce przeciwdeszczowej z pokrowcem na plecak wróciłem szybko do domu. 
    Małkinia Górna okazała się być naprawdę ładną miejscowością z tętniącym życiem i na pewno do niej wrócę. Kiedy będzie dobra okazja, dojadę tam z kolegą tym razem pociągiem i stamtąd rowerami ruszymy do Czeremchy. Jest to miejscowość tuż przy granicy Polski z Białorusią i tam chciałbym zobaczyć te magiczne słupki i być może odsłonięte od drzew tereny poza Polską. Dystans by wyszedł podobny do 110 km. Wtedy byśmy wrócili szynobusem do Siedlec i z Siedlec drugim pociągiem do Warszawy Stadion. Kiedy będzie okazja - być może za tydzień, albo nawet za miesiąc - to tam pojedziemy. Póki co dalej będę realizować swoje wycieczki samemu ;). 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz